Prokurator Rodwald przed komisją ds. Pegasusa: Sprawa Brejzów była pod szczególnym nadzorem
Prokurator Maja Rodwald zeznała przed komisją śledczą ds. Pegasusa, że działania prokuratury w sprawie tzw. afery w inowrocławskim ratuszu, obejmujące Ryszarda i Krzysztofa Brejzów, były objęte szczególnym nadzorem. - Postępowanie było ukierunkowane na potwierdzenie zeznań obciążających Brejzów - przyznała.
Prokurator powiedziała w poniedziałek przed komisją, że w 2018 r. była na pół roku delegowana do pierwszego wydziału śledczego Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, a przez mniej więcej miesiąc zajmowała się śledztwem prokuratury ws. tzw. afery inowrocławskiej, czyli wyprowadzania pieniędzy z Urzędu Miasta przez jego urzędników. Zeznania byłej urzędniczki, naczelniczki wydziału kultury w urzędzie, podejrzanej Agnieszki Ch. były podstawą do użycia Pegasusa do podsłuchiwania polityka KO Krzysztofa Brejzy.
Początkowo zarzutów nie było
Maja Rodwald mówiła, że przez trzy tygodnie była referentem tej sprawy po przejęciu jej z jednej z prokuratur rejonowych w Bydgoszczy. Jak relacjonowała, początkowo sprawa była przydzielona do innego referenta, który był na urlopie, a ona go zastępowała; następnie sprawa została przydzielona do jej referatu do momentu, gdy odeszła z delegowania. Doprecyzowała, że był to listopad 2018 r. - Nie było wówczas w tej sprawie zarzutów wobec ówczesnego prezydenta Inowrocławia Ryszarda Brejzy i jego syna. To było postępowanie, gdzie te osoby były gdzieś w tle, tam było kilkunastu innych podejrzanych - zastrzegła.
Prokurator powiedziała, że przeprowadziła pięć przesłuchań podejrzanej Agnieszki Ch. - Pamiętam, że podejrzana w swoich wyjaśnieniach wskazywała na udział prezydenta Inowrocławia, a w zasadzie głównie jego syna Krzysztofa w „aferze hejterskiej", oprócz „afery fakturowej", która była pierwszoplanowa w tym postępowaniu; wskazywała, że w taki sposób z inicjatywy posła Brejzy wykorzystywany był wydział kultury. To postępowanie trwało już wtedy ponad rok. Podejrzana chyba jako pierwsza mówiła o takiej sytuacji. To była więc nowa okoliczność w tym postępowaniu - zeznała Rodwald.
Powiedziała, że z jej „punktu widzenia była atmosfera presji, wyznaczonego kierunku". -Wyznaczonym kierunkiem były depozycje podejrzanej. Z mojego punktu widzenia to była jedna z wersji. Postępowanie nie było świeżym postępowaniem, inni podejrzani, a było ich kilkunastu, takich twierdzeń jak Agnieszka Ch. nie składali. (...) Postępowanie było ukierunkowane na potwierdzenie depozycji podejrzanej ukierunkowanych na te dwie osoby i na szybkie wykonanie ewentualnie czynności ofensywnych w postaci przeszukań - zeznała Rodwald.
Sprawa w zainteresowaniu prokurator generalnej
Dodała, że wszystkie protokoły z przesłuchań były natychmiast przekazywane przez naczelnika do Prokuratury Regionalnej w Gdańsku. - Wiedziałam, że ta sprawa pozostaje w zainteresowaniu prokurator regionalnej - podkreśliła.
Rodwald stwierdziła, że na początku uznała, iż dostała sprawę inowrocławską „technicznie, do wykonania jej za innego prokuratora". Dodała, że prokurator referent po powrocie z urlopu złożył wniosek o wyłączenie go ze sprawy z uwagi na znajomość z jednym z mecenasów. Przyznała, że postępowanie miało konotacje polityczne, a nadzór nad nim był wzmożony. Poinformowała, że głównym powodem jej rezygnacji z delegowania do wydziału śledczego Prokuratury Okręgowej w Gdańsku była „atmosfera wokół tej sprawy i sposób sprawowania nad nią nadzoru”. Dodała, że we wniosku o zakończenie delegacji jako przyczynę podała względy rodzinne, co - jak podkreśliła - było zgodne z prawdą.
Odpowiadając na pytanie członków komisji świadek zaznaczyła, że na etapie, na którym prowadziła postępowanie, nie było żadnej mowy o kontroli operacyjnej. Jak dodała, wyjaśnienia Agnieszki Ch. nie były - w jej ocenie - jednoznacznie wiarygodne i wymagały weryfikacji. - W spokoju poprzez szereg czynności procesowych - zaznaczyła Rodwald.
O Pegasusie dowiedziała się z mediów
Na pytanie kiedy dowiedziała się o systemie Pegasus, prokurator odpowiedziała, że dowiedziała się „z przestrzeni medialnej". - Były doniesienia prasowe odnośnie Krzysztofa Brejzy, odnośnie prok. Ewy Wrzosek - powiedziała, zaznaczając, że wówczas nie prowadziła już tej sprawy.
Świadek była pytana też czym przejawiał się wzmożony nadzór nad postępowaniem, kiedy je prowadziła. Rodwald odparła, że przed tym delegowaniem nie zdarzyło się jej żeby była wzywana telefonicznie, że „natychmiast ma coś zrobić w sprawie, która tego obiektywnie nie wymagała". - Żeby mi zabierano protokół natychmiast, żeby się z nim zapoznać w jednostce wyższego szczebla. Żeby mi wskazywano, co powinno ewentualnie być. Tego wcześniej nie miałam, może ktoś inny miał - powiedziała.
Odpowiadając na kolejne pytania Rodwald powiedziała, że miała wrażenie, iż prowadząc to postępowanie nie może być samodzielna. - Po wcześniejszych postępowaniach, które miałam, i przy atmosferze, która tutaj była, subiektywnie odnosiłam wrażenie, że w tym postępowaniu będę miała ograniczoną samodzielność i prędzej zostanę postawiona przez sytuację, że będę musiała albo podpisać pewną rzecz, albo będę musiała wejść w konflikt z przełożonym - powiedziała. Dodała, że przemyślała tę sytuację i skorzystała z możliwości, by nie być dalej delegowaną.
Inowrocławska afera fakturowa
Tzw. inowrocławska afera fakturowa wybuchła w październiku 2017 r. gdy wyszło na jaw, że w magistracie wystawiano fałszywe faktury, które rzekomo pochodziły od firm mających w większości siedzibę w innych województwach. Nieprawidłowości wykryto w wydziale kultury, promocji i komunikacji społecznej, a po ich ujawnieniu Agnieszka Ch., która była naczelniczką tego wydziału, straciła pracę. Fałszywe faktury wystawiane były m.in. przy zamówieniach promocyjnych gadżetów, w tym np. pluszowych wiewiórek. O fałszywych fakturach zawiadomił prokuraturę ówczesny prezydent Inowrocławia Ryszard Brejza (ojciec Krzysztofa Brejzy). Łączna kwota szkody wyrządzonej Urzędowi Miasta Inowrocław oraz Centrum Kultury i Sportu Ziemowit w Kruszwicy przekroczyła 300 tys. zł. Agnieszka Ch. winą obarczała przede wszystkim Krzysztofa i Ryszarda Brejzów.
Komisja śledcza ds. Pegasusa bada legalność, prawidłowość i celowość czynności podejmowanych z wykorzystaniem tego oprogramowania m.in. przez rząd, służby specjalne i policję od listopada 2015 r. do listopada 2023 r. Komisja ma też ustalić, kto był odpowiedzialny za zakup Pegasusa i podobnych narzędzi dla polskich władz. Według przekazanych dotąd, m.in. przez NIK, informacji system Pegasus został zakupiony jesienią 2017 r. dla CBA, ze środków pochodzących w zasadniczej części (25 mln zł) z Funduszu Sprawiedliwości.